Historia

Pech nad Radziszowem

Zdjęcie: Kurs trykotarstwa w roku bieżącym (1937) w Radziszowie

Podróż do nikąd, czyli przygoda ze stacją kolejową

Wyobraźcie sobie stację kolejową położoną tak daleko od wsi, że gdy pociąg zatrzymuje się wreszcie z głośnym zgrzytem, podróżny ma ochotę pociągnąć za hamulec bezpieczeństwa ze zgrozy! Właśnie tak wita gości Radziszów. Przed 50-cioma laty właśnie Radziszowianie o to się starali, aby stacja była jak najdalej od wsi. Było w tym wiele słuszności, bo zawsze lepiej pociągowi poza wsią strzechą krytą, ale też i bali się formalnie pociągu. Raz, że domy były blisko i nawet groźne pożary chałup miały miejsce, z powodu iskier wylatujących z niezabezpieczonych siatkami kominów, poza tym ludzie „starej daty” byli nieufnie usposobieni względem lokomotywy, gdyż podobno podczas przejazdu tych ciężkich żelaznych cielsk garnki z pieców spadały, szyby brzęczały i tak dalej. Była to dawna wieś. Wieś strzechą kryta. Dziś, jak pan widzi, Radziszów jest murowany i dobrze wygląda, ale żart losu pozostał – mieszkańcy muszą „drałować na piechotę” długi kawałek drogi, by dotrzeć do swoich domów.

Co więcej, jest to „najbliższa stacja do Myślenic(!)” – oddalonej o około trzy mile. „Fajna komunikacja, nie?” – jak ironicznie zauważa miejscowy informator. Niedawno np. rzucono piękną, praktyczną myśl, aby we wsi zrobić przystanek kolejowy, gwoli wygody ma się rozumieć… Stoi ładny przecie, próżny przystanek, tylko ma tę jedną wadę jeszcze, że nigdy przed nim pociąg się nie zatrzymuje. Omija go i staje daleko za wsią.

[Autor nie był świadomy, ileż to razy od iskier wydobywających się z parowozów zapalały się drewniane, strzechą kryte chałupy w Radziszowie. Odszkodowania z kolei były symboliczne. Nie było mowy za nie odremontować domu, a co dopiero odbudować go]

Wieś wielkich ambicji i miniaturowych sukcesów

Jest to dość duża wioska, leżąca nad rzeką Skawinką. Liczy około 2000 ludzi. Nie można jednak powiedzieć, aby posiadała piętno wybitnie podmiejskiej wsi. Wieś, jak wieś, wielu wsiom podobna. Drogi krzyczą wielkim głosem, że są przeciwne motoryzacji, światło elektryczne jest tylko we wsi w lecie i to podczas błyskawic, jeno może ambicje niejednokrotnie są miejskim podobne. Ludzie są bardzo sprytni, umieją sobie w biedzie zaradzić, ale pod względem życia społecznego, religijnego, czy kulturalnego często jest maleńki marazm. — Ospale i gnuśnie wiele spraw się prowadzi. Nie ma na tym polu najmniejszego entuzjazmu. Cokolwiek we wsi zakładano, wszystko upadło. Mordował się nad tem energiczny obecny Wójt, ale nic nie pomogło…

Saga inicjatyw upadłych

— Załóż np. sady owocowe, powiada rozmówca, wszystko skradną złodzieje. Założono kiedyś Kółko rolnicze, upadło panie haniebnie. Założono mleczarnie, upadła paskudnie… Ludzie wolą bańki na plecach dźwigać do pociągu, aniżeli we wsi organizować się gospodarczo. Pod tym względem jakoś wszystko idzie na opak. Zakładano również przeróżne rzeczy. Np. starano się pchnąć tu naprzód przemysł koszykarski. Robiono kursa, cuda prawdziwe wyczyniano i… nic: Wolą od razu sprzedawać pręcie Skotnikom. Jakoś się wszystko nie udaje. Kiedyś… panie z Krakowa przyjechały do wsi, zdaje mi się, że z jakiegoś Koła gospodyń, czy coś w tym guście… Gromadziły gospodynie wiejskie i jęły je uczyć „praktycznego gospodarstwa” Wyglądało to mniej więcej tak, jak to po wsi rozgłaszano: „Wlazł na gruszkę, kopał pietruszkę i… znalazł wielką cebulę”. „Nad tymi” radami praktycznymi pośmiały się baby we wsi do syta. Inteligentki nieraz nie widziały wsi na oczy, albo znały wieś z targu tylko, kiedy to pytały się kupując jajka na śniadanie: „Moja gosposiu, a po czemu są te kurze owoce?”.

Dom parafialny – widmo i szkoła siedmiu klas na cztery siły

Nic wiec dziwnego, że Radziszów ma prawdziwego pecha. Ma pecha np. co do domu parafialnego.. Myśleli nad tym ludzie i myślą może jeszcze, ale nic z tego praktycznie nie wyszło… Nie ma gdzie we wsi urządzić przedstawienia, odczytu albo zebrania, ponieważ niema nigdzie większej sali, któraby na ten cel się nadawała. W szkole coś tam jest, lecz nie pozwolą skupiać życia kulturalnego wsi, bo przecie szkoła nie do tego, powiadają, prawda… Kto tak powiada nie wiem, ale ludzie powiadają dowcipnie, że wszystko wiedza. Tak już jest. Jestem o to spokojny. Psuje się podłoga i tede. Oczywiście. Ona też posiada zresztą pecha prawdziwego. Jest to szkoła 7-cio klasowa, a pracują w niej tylko cztery siły. Nauczycielstwo przepracowane poprostu, a u nas w kuratoriach dalej powiadają bezrobotnej inteligencji, że nie ma posad, brak etatów i jeszcze raz etatów. Prawdziwy pech…

Powodzie i wały nie tam, gdzie trzeba

Czy to znów nie jest prawdziwy pech? Jako żywo, jako żywo… Nawet z powodziami jest podobnie. Często, bardzo często ta mała Skawinka wzbiera potwornie. Zalewa domy. Wysoko się podnosi. Mętne fale dostają się do chałup — ba! do kościoła, plebanii, chociaż dość tu wysoki teren. A więc zaradzić trzeba było temu. Wybudowano wał. Ale znów nie tam, gdzie potrzeba. Za samą wsią na dole, aby woda miała się o co oprzeć i jeszcze wyżej we wsi podnieść swój poziom. Też pech… Z tego to powodu jest wilgoć w kościele. Do tego grube kamienie, z których go zbudowano, pogarszają sytuację. Na to jednak z nikąd żadnego funduszu nie ma.

Czytelnictwo i duchowość za grosz

Składka zaś kościelna jest znikoma. Istnieje bowiem takie swoiste przyzwyczajenie, że każdy na tace daje tylko bronzowe monetki. Z tych olbrzymich sum nie kupi porządnej świecy. Ale nie o to nam chodzi. Chodzi o samą rzecz. O prawdziwość spostrzeżeń i tu jestem spokojny całkowicie. Wiem, że wszystko idzie jak z kija… Wezmę np. taki fakt. Kto zaprzeczy, że „Dzwon Niedzielny”* czyta co tydzień 10 do 13 Czytelników? Chociaż by się na głowie, jak to powiadają, postawił, nie sprzedasz więcej… Trudny — powiadają. Bardzo trudny… Może nie tak trudny, tylko nie znajdzie w nim sensacyj, morderstw, pornografii. Na tym punkcie jesteśmy wszyscy trudni. A ogólnie rzecz biorąc, czytelnictwo kwitnie podobno. Musi kwitnąć.. Na wywieszkach we wsi w tak zwanym rynku widziałem afisze „Expressu”. Wiadomo.

Młode pokolenie – nadzieja czy problem?

Jednak młode pokolenie Radziszowa będzie dalej prowadziło pracę ojców. Tyle się nad nią przecież pracuje. Wyniki niektóre miałem zaszczyt widzieć. Że ta praca bardzo potrzebna, świadczy taki drobiazg: Na plebanii np. u ks. kan. Proroka pokazywano mi 3 ławki, którym młodzież poprzekręcała nogi w precle… Wyleczono je, i oswojone żyją sobie swobodnie. Jest to może błahostka ktoś powie, ale muszę przytoczyć zdanie jednej pani, która tak do mnie mówiła: „Nie wiem, czemu to przypisać, ale okropnie meczą tu ptaki. Są to wypadki nie rzadkie, ale bardzo częste i należy już uogólniać sprawę. A wiec zakopują je żywcem, ze złamaną nogą puszczają w powietrze, oko wyłupią itd. — Cóż na to mistrzu Nowakowski, świetny pisarzu i gorliwy prezesie Związku Ochrony Zwierząt… Jest tu wiec ogromne pole do działania i popisu dla nauczycielstwa.

Nadzieja na przyszłość

Kończę o Radziszowie na dzisiaj i jestem pewny, że pod wieloma względami będzie niedługo lepiej, gdyż Radziszowianie to naród pracowity i sprytny, a wówczas odleci „pech” na zawsze. — Szczęść Wam Boże w pracy!

Życzy autor, Wincenty Kuglin.

ŹRÓDŁO:
Domena publiczna
Dzwon Niedzielny. 1937, nr 46, strona 781
Długosz, Władysław (1899-1970). Red.
1937.11.14
https://jbc-test.dlibra.psnc.pl/dlibra/publication/331956/edition/317338
Lokalizacja oryginału: Biblioteka Jagiellońska

Możesz również polubić…